Sto lat temu…

Co działo się sto lat temu? Jak wyglądały ostatnie miesiące, tygodnie, dni św. Urszuli i wspólnoty sióstr w duńskim Aalborgu przed wyjazdem do Polski? Tu będziemy „śledzić” je – aż do dnia 8 sierpnia, dnia przyjazdu pierwszej grupy sióstr i dzieci do Pniew. Wiadomości pochodzą ze wspomnień św. Urszuli zawartych w Historii Kongregacji oraz w listach do sióstr czy do Marii Teresy Ledóchowskiej.

31.10.1919 Wieczorem 31 października wyjechałam do Warszawy. Dojechałam na miejsce pierwszego rano. Ziemia pokryta śniegiem, mróz silny. Wielkie szkody wyrządziła ta wczesna zima, bo kartofli jeszcze dużo nie wykopanych. Tym razem mieszkałam u państwa Łozińskich, rodziców siostry Łozińskiej, którzy objęli pensjonat „Goplana” po stracie pięknego majątku na Ukrainie .Ucieszyli się ze mnie, wszak przyniosłam wiadomości o ukochanej córce.  Miałam konferencję w sali niewiast katolickich. Mówiłam o naszej pracy  w Danii, o tym, że chcemy się do kraju przenieść, że tu pracy szukamy. Poznałam dość dużo ludzi. Zostawiając Bogu rezultat, wróciłam po jakichś dziesięciu dniach do Poznania. Tu też miałam konferencję w dużej sali, ale nie wiem, do kogo należącej. Zaproponowałam przełożonemu Caritasu naszą współpracę, bo wtedy wszyscy i wszędzie zakładali ochronki, sprowadzali siostry zakonne, którym do chwili oswobodzenia Polski wstęp był wzbroniony zarówno na teren Poznańskiego, jak i królestwa. Myślałam, że może i mnie coś zaproponują. Dyrektor popatrzył na mnie i powiedział: „Ale czy matka potrafi się zastosować do naszych życzeń? Bo my wielkie mamy wymagania”. Widać było, że nas nie chcą. Wyczuwali najwidoczniej, że ja po swojemu zechcę zrobić, nie według ich „Wielkich wymagań”. Dwa lata później prawie przymuszono mnie do objęcia jednej z takich placówek o „wielkich wymaganiach”. W jakim stanie ja odebrałam, lepiej nie mówić! Byłam na jednym wieczornym posiedzeniu pań, które miały utworzyć komitet, by mi pomagać w założeniu instytucji dobroczynnej w Polsce. Obiecały… Skończyło się później na tym: „obiecanka cacanka, a głupiemu radość”. Parę dni spędziłam we Lwówku i trzeba było myśleć o powrocie do Danii. Pracy jeszcze nie znalazłam, ale główny cel podróży został osiągnięty: połączenie z urszulankami polskimi. Choć forma jeszcze nie była ściśle określona i nie potwierdziła jej Rzym, ale w każdym razie decyzja o połączeniu zapadła. Z Historii Kongregacji
18.10.1919 Dnia 18 października 1919 przyjechałam do Warszawy. Zamieszkałam u ksieni kanoniczek, hr. Mycielskiej, która wielką dobrocią mnie otoczyła. 21 października, w dzień świętej Urszuli, byłam u nuncjusza papieskiego, mons. Rattiego, dzisiejszego papieża Piusa XI. Bardzo był dobry i ojcowski dla mnie. On również zezwolił na konferencje. Powiedziałam, że jadę do Krakowa, gdyż pragnę się połączyć z urszulankami polskimi. Wszak to był najważniejszy cel mojej podróży. I w Warszawie przy-gotowałam teren do konferencji. Za jakieś dwa, trzy dni wyjechałam – zawsze w towarzystwie siostry Prądzyńskiej – do Krakowa. Po tak długiej niebytności w drogim memu sercu klasztorze krakowskim, jakże miło było mi znaleźć się znowu w tym moim rodzinnym gniazdku! Zastałam tam jako matkę generalną matkę Ignację Szydłowską, matkę Cecylię Łubieńską jako przełożoną domu krakowskiego, matkę Stanisławę, pełniącą teraz, zdaje się, funkcję prokuratorki czy przełożonej jakiegoś domu, siostrę Janinę jako sekretarkę generalną. Matki bardzo serdecznie mnie przyjęły. Czułam się tak dobrze! Jedno miałam pragnienie: połączyć się z krakowskimi urszulankami, raczej z ich Kongregacją, zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności, dać moim siostrom mocne oparcie w silnej instytucji zakonnej, pozbyć się ustawicznego strachu: Jak pokierować dalej swoją gromadkę, która tak wiernie przy mnie stała i zawsze szła za mną z zamkniętymi oczami? Konferowałyśmy więc bardzo poważnie z matką generalną i matkami doradczyniami. Stanęło w końcu na tym, że się połączymy, że moje siostry utworzą rodzaj soeurs agregees, które będą się zajmowały biednymi, a także pomagały w domach urszulańskich, szczególnej w załatwianiu spraw na zewnątrz. Przewidziany był osobny nowicjat dla soeurs agregees, osobna przełożona, ale podległa przełożonej generalnej urszulanek. Miałam napisać statut, postarać się o jego aprobatę w Rzymie. Na dowód tego połączenia miałam zaraz po Nowym Roku przysłać siostrę Zaborską do pomocy do Krakowa. Była to dla mnie największa ofiara, wszak to moja prawa ręka! Ale właśnie ofiarą chciałam nasze połączenie uświęcić, za łask połączenia się z urszulankami polskimi zapłacić ofiarą, pokazać, jak szczerze rozumiem to „służenie” naszym starszym siostrom. Ciężar spadł mi z serca. Z Historii Kongregacji
Początek października 1919 roku W pierwszych dniach pobytu w Polsce wybrałam się któregoś dnia do księdza kardynała Dalbora i przechodząc przez Plac Wolności była świadkiem uroczystości poświęcenia sztandaru wojska polskiego. Ołtarz polowy, a przy nim ksiądz kardynał odprawiający Mszę świętą, dookoła ustawione wojsko. Na podniesienie wszyscy przyklękają, tłum ludzi otacza plac. Taki to śliczny, radosny widok – nasze wojsko upadające a kolana przed białą Hostią! Nasze polskie wojsko! Oczywiście dopiero na drugi dzień udało mi się skontaktować z księdzem kardynałem. Bardzo dobry był dla mnie. Powiedziałam, że pragnę się tu przenieść, i zapytałam, czy wolno mi będzie wygłosić konferencję, aby zapoznać ludzi z naszą pracą i tym samym znaleźć pole działania dla sióstr. Wyraził na to zgodę. Zabrałam się więc energicznie do zorganizowania konferencji. Poznałam parę pań, które okazały mi gotowość pomocy. Pojechałam – o ile dobrze pamiętam – na dwa dni do Lwówka, gdzie poznałam się osobiście z dobrze mi już znaną listownie hr. Konstancją Łącką i jej mężem, hr. Stefanem. Przezacni ci państwo z wielką serdecznością mną się zajęli. Dalszą moją podróż postanowiła hrabina (ciotka siostry Prądzyńskiej) opłacać już z własnych funduszy. z Historii Kongregacji
11.10. 1919 Dostałam polski paszport, wizy i na początku października pożegnawszy moje siostry sama wyruszyłam do Berlina via Warnemünde . Tam zabezpieczyłam sobie przytułek u konsula polskiego, pana Rosena. Choć nie był mi znany, bardzo serdecznie i on, i jego żona mnie przyjęli. Także Berlin był zupełnie nie znanym mi miastem, więc bardzo wdzięczna byłam za dobroć, której u państwa Rosenów doznałam. Jeszcze ciężkie były warunki w Berlinie. Nawet w bogatym domu tylko czarny chleb – o białym ani się nie śniło – i kiełbasa. A co dopiero w domach biednych! Jeden z panów z konsulatu jechał do Polski. Z nim się postanowiłam wybrać. Wysłałam telegramy i do Izy Drwęskiej, żony pierwszego prezydenta miasta Poznania, dawniejszej uczennicy mojej z Krakowa, i do urszulanek poznańskich. W Zbąszyniu rewizja rzeczy i wjeżdżamy do Polski. Polski żołnierz stoi w komorze celnej, słyszymy polską mowę, a więc jesteśmy w zmartchwstałej, wolnej Polsce! Śliczny jesienny dzień, zachodzące słońce złotem pokryło lasy i pola, niebo się czerwieni. Było cicho, spokój ogarniał całą przyrodę, również błogo, spokojnie i radośnie robiło się w duszy. Do Poznania przyjechałyśmy około ósmej i pół wieczorem. Już ciemno było na dworze, dworzec oświetlony. Szukam, czy jest ktoś znajomy. Nie widzę nikogo. Trochę smutno się zrobiło – nikogo nie znam, nawet nie bardzo wiem, gdzie urszulanki mieszkają. Mój towarzysz podróży uprzejmie ofiarował się odwieźć mnie do urszulanek, którą to propozycję z wielką wdzięcznością przyjęłam. Aż tu na ulicy w pobliżu dworca rozpoznaję w śpieszącej ku miastu osobie Netką Prądzyńską, właściwie już siostrę Prądzyńską, bo ją na odległość do Zgromadzenia przyjęłam. Oddzielona od nas od początku wojny, nie mogła – mimo wielkich starań otrzymać pozwolenia na przyjazd do Danii. Wołam: „Netko!”. Odwraca się. Zatrzymuje się dorożka, którą jechaliśmy. Netka wsiada do nas i razem jedziemy do urszulanek, gdzie już czeka na mnie przygotowany nocleg.W klasztorze, gdzie matka Immaculata Łabujewska była przełożoną, ucieszono się ze mnie. Jak dobrze znowu słyszeć wokół siebie polską mowę, jak dobrze być w swoim kraju! z Historii Kongregacji

Zobacz także