Sto lat temu…

Co działo się sto lat temu? Jak wyglądały ostatnie miesiące, tygodnie, dni św. Urszuli i wspólnoty sióstr w duńskim Aalborgu przed wyjazdem do Polski? Tu będziemy „śledzić” je – aż do dnia 8 sierpnia, dnia przyjazdu pierwszej grupy sióstr i dzieci do Pniew. Wiadomości pochodzą ze wspomnień św. Urszuli zawartych w Historii Kongregacji oraz w listach do sióstr czy do Marii Teresy Ledóchowskiej.

Styczeń 1920
Powitałyśmy Nowy Rok 1920, wróciły nasze panny i trzeba już było zacząć myśleć o paszporcie dla siostry Zaborskiej. (…) Kiedy właśnie trzeba było rozpocząć starania o paszport, dostaję telegram z Krakowa: „Powstrzymać przyjazd siostry Zaborskiej, list wysłany”. I choć z jednej strony ucieszyłam się, że siostra Zaborska pozostanie, to z drugiej – zaczął mnie ogarniać niepokój: Co to znaczy? (…) Matka Ignacja napisała, że po rozważeniu sprawy z radą generalną doszły do przekonania, iż nie mogą nas przyjąć do swej Kongregacji. (…) Jednym słowem, rozbrat kompletny. List napisany – o tym byłam przekonana – w dobrej wierze, ale słowa twarde. Nie odczuwała matka generalna, jaki ciężar zrzuca na moje i tak już zmęczone barki, jak się poczuję osamotniona, bez żadnej opieki i pomocy w obcym kraju. I tego Pan Bóg chciał. (…) Siostry moje były uszczęśliwione – zostaną przy matuchnie. Zdawały się na mnie, że wszystko jakoś da się załatwić. Ja natomiast strasznie odczułam ten cios. Rozumie się, odpisałam, że pomocnic świeckich im nie dam, bo jesteśmy zakonnicami. Siostrę Zaborską zatrzymam i utworzę nawą gałąź urszulańską. Dwa więc zadania stanęły przede mną. Już od mego wyjazdu z Polski powierzyłam siostrze Prądzyńskiej sprawę wyszukania dla nas małego majątku ziemskiego, dokąd byśmy mogły z polskimi dziećmi przyjechać i gdzie mogłybyśmy prowadzić zarówno ochronkę dla naszych, z Danii przywiezionych dzieci, jak i szkołę gospodarstwa domowego dla polskich panien. Nie można było liczyć na to, żeby ktoś w Polsce zwrócił się do nas z propozycją pracy. Zorientowałam się będąc w kraju, że patrzą tu na nas z pewnym niedowierzaniem. Postanowiłam sama sobie radzić. Siostra Prądzyńska jeździła, oglądała resztówki – jakoś nic się nie nadawało. W czasie tych jazd zaziębiła się, dostała hiszpanki, musiała przerwać poszukiwania. Nikt pomocnej ręki nie podał. Już mnie odwaga zaczęła opuszczać. „Jeżeli nas w Polsce nie chcą, trzeba będzie w Skandynawii zostać” – myślałam i serce boleśnie się ściskało. św. Urszula w Historii Kongregacji
Początek grudnia 1919
Na początku grudnia wróciłam do Ålborga. Siostry i dzieci zastałam zdrowe. Cieszyłyśmy się, że jesteśmy znowu razem, bo w owym powojennym czasie poczta jeszcze marnie funkcjonowała i od chwili mojego wyjazdu mało miałyśmy o sobie wiadomości. Zakomunikowałam siostrom o wyniku narad w Krakowie. Siostry gotowe były na wszystko, więc mówiły swoje „fiat”, choć nie ze wszystkiego się cieszyły. Siostry chórowe ze smutkiem myślały, że będą pod inną matką generalną, że nie będę wyłącznie do nich należała. Kilka sióstr opłakiwało to, że habitu zakonnego z woalem nie dostaną, bo miałyśmy zatrzymać swoje czarne, skromne, ale świeckie suknie. Ta okoliczność spowodowała, że jedna z sióstr poprosiła, aby mogła przenieść się do Krakowa, na co – rozumie się – wyraziłam zgodę. Poza tym u wszystkich spotkałam się z dobrą wolą wyrażoną słowami: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego”. I znów zawitały święta Bożego Narodzenia. Ciche, piękne – ostatnie święta, które miałyśmy spędzić razem. Już na przyszły rok będziemy rozdzielone. Ta myśl nadawała tym dniom świętym rzewny charakter, charakter świętej, Bożej miłości łączącej nas wszystkie w jedno serce i jedną duszę. św. Urszula w Historii Kongregacji
15.11.1919
Lwówek, 15 listopada 1919 Dzieci moje, Dziś masę listów tu zastałam i bardzo za nie dziękuję. U nas wszystko dobrze. Mam już i wizę do Berlina. Prawdopodobnie wyjadę stąd 25 lub 26, tak że najpóźniej 30 listopada będę w Ålborgu. Bardzo mi tęskno do Was, Dzieci moje złote, ale trzeba tu jak najwięcej narobić hałasu. Proszę co dzień odmawiać – może po czytaniu – jedno Zdrowaś i trzy razy: Serce Jezusa, mam ufność w Tobie oraz trzy razy: Święty Stanisławie Kostko, módl się za nami. Święty Stanisław w dniu swego święta obiecał mi wielką przyjemność, ale trzeba się modlić, żeby obietnica się spełniła. Jazdę mi Pan Bóg bardzo dobrą i wygodną urządza. Ponieważ teraz pociągi zredukowane, więc aż sztab generalny odstąpił mi miejsca i porucznik Arciszewski, brat naszej Lusi, z pompą odprowadził nas do sleepingu. Miałam dwa odczyty – zapomniałam nawet zabrać wycinki z gazet. Proszę wierzyć, że i w Warszawie, i tu żyję w istnym rejwachu. Po odczycie utworzyłam komitet, który będzie opiekował się naszymi sprawami. Zarobiłam 4800 marek – tymczasem, ale ufam, że więcej nadejdzie. Bardzo naszą pracą się interesują. Wyjadę stąd dwudziestego szóstego, chyba żeby coś ogromnie ważnego zaszło, tj. gdyby ofiarowano mi coś bardzo wielkiego – wtedy trzeba łapać jak najprędzej. Ściskam Was, Dzieci moje. Mogę tylko śpiewać Magnificat, bo Pan Bóg tak pomaga  i tak nami się opiekuje. Kocham bardzo, bardzo – błogosławię. Matka (list do sióstr w Ålborgu)
31.10.1919
Wieczorem 31 października wyjechałam do Warszawy. Dojechałam na miejsce pierwszego rano. Ziemia pokryta śniegiem, mróz silny. Wielkie szkody wyrządziła ta wczesna zima, bo kartofli jeszcze dużo nie wykopanych. Tym razem mieszkałam u państwa Łozińskich, rodziców siostry Łozińskiej, którzy objęli pensjonat „Goplana” po stracie pięknego majątku na Ukrainie .Ucieszyli się ze mnie, wszak przyniosłam wiadomości o ukochanej córce.  Miałam konferencję w sali niewiast katolickich. Mówiłam o naszej pracy  w Danii, o tym, że chcemy się do kraju przenieść, że tu pracy szukamy. Poznałam dość dużo ludzi. Zostawiając Bogu rezultat, wróciłam po jakichś dziesięciu dniach do Poznania. Tu też miałam konferencję w dużej sali, ale nie wiem, do kogo należącej. Zaproponowałam przełożonemu Caritasu naszą współpracę, bo wtedy wszyscy i wszędzie zakładali ochronki, sprowadzali siostry zakonne, którym do chwili oswobodzenia Polski wstęp był wzbroniony zarówno na teren Poznańskiego, jak i królestwa. Myślałam, że może i mnie coś zaproponują. Dyrektor popatrzył na mnie i powiedział: „Ale czy matka potrafi się zastosować do naszych życzeń? Bo my wielkie mamy wymagania”. Widać było, że nas nie chcą. Wyczuwali najwidoczniej, że ja po swojemu zechcę zrobić, nie według ich „Wielkich wymagań”. Dwa lata później prawie przymuszono mnie do objęcia jednej z takich placówek o „wielkich wymaganiach”. W jakim stanie ja odebrałam, lepiej nie mówić! Byłam na jednym wieczornym posiedzeniu pań, które miały utworzyć komitet, by mi pomagać w założeniu instytucji dobroczynnej w Polsce. Obiecały… Skończyło się później na tym: „obiecanka cacanka, a głupiemu radość”. Parę dni spędziłam we Lwówku i trzeba było myśleć o powrocie do Danii. Pracy jeszcze nie znalazłam, ale główny cel podróży został osiągnięty: połączenie z urszulankami polskimi. Choć forma jeszcze nie była ściśle określona i nie potwierdziła jej Rzym, ale w każdym razie decyzja o połączeniu zapadła. (z Historii Kongregacji)
18.10.1919
Dnia 18 października 1919 przyjechałam do Warszawy. Zamieszkałam u ksieni kanoniczek, hr. Mycielskiej, która wielką dobrocią mnie otoczyła. 21 października, w dzień świętej Urszuli, byłam u nuncjusza papieskiego, mons. Rattiego, dzisiejszego papieża Piusa XI. Bardzo był dobry i ojcowski dla mnie. On również zezwolił na konferencje. Powiedziałam, że jadę do Krakowa, gdyż pragnę się połączyć z urszulankami polskimi. Wszak to był najważniejszy cel mojej podróży. I w Warszawie przygotowałam teren do konferencji. Za jakieś dwa, trzy dni wyjechałam – zawsze w towarzystwie siostry Prądzyńskiej – do Krakowa. Po tak długiej niebytności w drogim memu sercu klasztorze krakowskim, jakże miło było mi znaleźć się znowu w tym moim rodzinnym gniazdku! Zastałam tam jako matkę generalną matkę Ignację Szydłowską, matkę Cecylię Łubieńską jako przełożoną domu krakowskiego, matkę Stanisławę, pełniącą teraz, zdaje się, funkcję prokuratorki czy przełożonej jakiegoś domu, siostrę Janinę jako sekretarkę generalną. Matki bardzo serdecznie mnie przyjęły. Czułam się tak dobrze! Jedno miałam pragnienie: połączyć się z krakowskimi urszulankami, raczej z ich Kongregacją, zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności, dać moim siostrom mocne oparcie w silnej instytucji zakonnej, pozbyć się ustawicznego strachu: Jak pokierować dalej swoją gromadkę, która tak wiernie przy mnie stała i zawsze szła za mną z zamkniętymi oczami? Konferowałyśmy więc bardzo poważnie z matką generalną i matkami doradczyniami. Stanęło w końcu na tym, że się połączymy, że moje siostry utworzą rodzaj soeurs agregees, które będą się zajmowały biednymi, a także pomagały w domach urszulańskich, szczególnej w załatwianiu spraw na zewnątrz. Przewidziany był osobny nowicjat dla soeurs agregees, osobna przełożona, ale podległa przełożonej generalnej urszulanek. Miałam napisać statut, postarać się o jego aprobatę w Rzymie. Na dowód tego połączenia miałam zaraz po Nowym Roku przysłać siostrę Zaborską do pomocy do Krakowa. Była to dla mnie największa ofiara, wszak to moja prawa ręka! Ale właśnie ofiarą chciałam nasze połączenie uświęcić, za łask połączenia się z urszulankami polskimi zapłacić ofiarą, pokazać, jak szczerze rozumiem to „służenie” naszym starszym siostrom. Ciężar spadł mi z serca. (z Historii Kongregacji)
Początek października 1919 roku
W pierwszych dniach pobytu w Polsce wybrałam się któregoś dnia do księdza kardynała Dalbora i przechodząc przez Plac Wolności była świadkiem uroczystości poświęcenia sztandaru wojska polskiego. Ołtarz polowy, a przy nim ksiądz kardynał odprawiający Mszę świętą, dookoła ustawione wojsko. Na podniesienie wszyscy przyklękają, tłum ludzi otacza plac. Taki to śliczny, radosny widok – nasze wojsko upadające a kolana przed białą Hostią! Nasze polskie wojsko! Oczywiście dopiero na drugi dzień udało mi się skontaktować z księdzem kardynałem. Bardzo dobry był dla mnie. Powiedziałam, że pragnę się tu przenieść, i zapytałam, czy wolno mi będzie wygłosić konferencję, aby zapoznać ludzi z naszą pracą i tym samym znaleźć pole działania dla sióstr. Wyraził na to zgodę. Zabrałam się więc energicznie do zorganizowania konferencji. Poznałam parę pań, które okazały mi gotowość pomocy. Pojechałam – o ile dobrze pamiętam – na dwa dni do Lwówka, gdzie poznałam się osobiście z dobrze mi już znaną listownie hr. Konstancją Łącką i jej mężem, hr. Stefanem. Przezacni ci państwo z wielką serdecznością mną się zajęli. Dalszą moją podróż postanowiła hrabina (ciotka siostry Prądzyńskiej) opłacać już z własnych funduszy. (z Historii Kongregacji)
11.10. 1919
Dostałam polski paszport, wizy i na początku października pożegnawszy moje siostry sama wyruszyłam do Berlina via Warnemünde . Tam zabezpieczyłam sobie przytułek u konsula polskiego, pana Rosena. Choć nie był mi znany, bardzo serdecznie i on, i jego żona mnie przyjęli. Także Berlin był zupełnie nie znanym mi miastem, więc bardzo wdzięczna byłam za dobroć, której u państwa Rosenów doznałam. Jeszcze ciężkie były warunki w Berlinie. Nawet w bogatym domu tylko czarny chleb – o białym ani się nie śniło – i kiełbasa. A co dopiero w domach biednych! Jeden z panów z konsulatu jechał do Polski. Z nim się postanowiłam wybrać. Wysłałam telegramy i do Izy Drwęskiej, żony pierwszego prezydenta miasta Poznania, dawniejszej uczennicy mojej z Krakowa, i do urszulanek poznańskich. W Zbąszyniu rewizja rzeczy i wjeżdżamy do Polski. Polski żołnierz stoi w komorze celnej, słyszymy polską mowę, a więc jesteśmy w zmartwychwstałej, wolnej Polsce! Śliczny jesienny dzień, zachodzące słońce złotem pokryło lasy i pola, niebo się czerwieni. Było cicho, spokój ogarniał całą przyrodę, również błogo, spokojnie i radośnie robiło się w duszy. Do Poznania przyjechałyśmy około ósmej i pół wieczorem. Już ciemno było na dworze, dworzec oświetlony. Szukam, czy jest ktoś znajomy. Nie widzę nikogo. Trochę smutno się zrobiło – nikogo nie znam, nawet nie bardzo wiem, gdzie urszulanki mieszkają. Mój towarzysz podróży uprzejmie ofiarował się odwieźć mnie do urszulanek, którą to propozycję z wielką wdzięcznością przyjęłam. Aż tu na ulicy w pobliżu dworca rozpoznaję w śpieszącej ku miastu osobie Netką Prądzyńską, właściwie już siostrę Prądzyńską, bo ją na odległość do Zgromadzenia przyjęłam. Oddzielona od nas od początku wojny, nie mogła – mimo wielkich starań otrzymać pozwolenia na przyjazd do Danii. Wołam: „Netko!”. Odwraca się. Zatrzymuje się dorożka, którą jechaliśmy. Netka wsiada do nas i razem jedziemy do urszulanek, gdzie już czeka na mnie przygotowany nocleg.W klasztorze, gdzie matka Immaculata Łabujewska była przełożoną, ucieszono się ze mnie. Jak dobrze znowu słyszeć wokół siebie polską mowę, jak dobrze być w swoim kraju! (z Historii Kongregacji)

Zobacz także